Całkowicie
odmówiły mi posłuszeństwa.
Odtąd jeździłam od jednego szpitala do
drugiego, od jednej kliniki do drugiej, i nikt nie mógł mi pomóc.
Byłam wrakiem człowieka.
W krakowskiej klinice stwierdzono, że przyczyną mojej choroby musi być uszkodzenie układu nerwowego.
Od trzech miesięcy tkwiłam w dołku psychicznym. Ciągle płakałam.
Nie było żadnej nadziei.
Mamie – włącza się
córka Bożena – podawano morfinę trzy, czasami cztery razy na dobę.
Lekarze mówili, że wszystko, co było możliwe, zostało już zrobione i nic
więcej nie da się zrobić.
Ani leczenie, ani sprowadzane z zagranicy leki nie dawały żadnego efektu.
Mamę trzeba było brać na ręce, by wnieść ją na wózek.
Tak też przenosiliśmy ją na łóżko.
Była całkowicie sparaliżowana, nie mogła utrzymać w ręce łyżki, a nawet samodzielnie poruszyć się na łóżku.
Nie wiem – mówi dalej
Krystyna Kozłowska – jak można to było wytrzymać. Bliscy modlili się za
mnie. Moi trzej bracia kapłani odprawiali za mnie Msze święte. Oni prosili o moje zdrowie, bo ja się już poddałam i prosiłam Pana Boga o śmierć. Nie chodziłam, poruszałam się tylko na wózku.
Na specjalnym stojaku mnie tu podnosili, żebym miała ruch, żeby uniknąć odleżyn.
W
tym czasie koleżanka mojej sąsiadki z pokoju szpitalnego powiedziała,
że jedzie do Częstochowy.
W nocy poprzedzającej dzień jej powrotu,
podczas modlitwy (nie wiem, czy to był sen czy jawa), zdawało mi się, że
chodzę po łące.
Trawa sięgała mi do kostek, wokół było wiele zieleni,
las, a ja sama stałam na środku.
Pomyślałam: „Panie Boże, to ja chodzę? Kto mnie tu przyprowadził?”.
Gdy się tak rozglądałam, zauważyłam malutką figurkę.
Nie mogłam mówić, tak bardzo się wzruszyłam.
Powiedziałam wówczas tak: „Matko Najświętsza, to Tyś mnie uzdrowiła?
Byłam przecież całkowicie sparaliżowana i nie miałam żadnej nadziei, a teraz chodzę”.
Koleżanka mojej sąsiadki przyjechała następnego dnia z Częstochowy, przywiozła mi winko gidelskie i mały obrazek Matki Bożej.
Koleżanka mojej sąsiadki przyjechała następnego dnia z Częstochowy, przywiozła mi winko gidelskie i mały obrazek Matki Bożej.
Gdy
tylko zobaczyłam malutką figurkę Matki Bożej Gidelskiej, od razu
zaczęłam płakać. Zrodziła się we mnie pewność, że mnie ta Matka Boska
uzdrowi.
I proszę ojca, ja chodzę. A przecież nogą nie mogłam poruszyć.
Zaraz
na drugi dzień było wielkie święto w szpitalu, bo poruszyłam palcem u
nogi. Po wypiciu winka, które dotknęła figurka Matki Bożej, z dnia na
dzień było coraz lepiej. Czułam się mocniejsza i psychicznie, i
fizycznie.
Bardzo
wierzyłam, że Matka Boża może mi pomóc.
To takie cudowne uczucie,
trudno je nawet opisać – mogło mnie już nie być na świecie, a ja wciąż
się cieszę swoimi kochanymi wnukami i dziećmi.
Mam bardzo dobre dzieci i
chcę jeszcze żyć.
Wiem, że to Matka Boże Gidelska mi pomogła.
Bardzo
dziękuję Matce Najświętszej za to, że mnie z mojego nieszczęścia w tak
cudowny sposób wyprowadziła i że to Ona mnie odnalazła, posługując się
koleżanką mojej sąsiadki ze szpitalnego łóżka.
Krystyna Kozłowska
Gidle, 3 lipca 2005
Gidle, 3 lipca 2005
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz