Franciszek
był pełen zapału młodości. Z postaci był wzrostu poniżej średniego,
zbudowany delikatnie i cery śniadej. Z ciemnych oczu biła nieskazitelna
prawość i niezwykła skłonność do entuzjazmu. Trzymał się prosto i
poruszał szybko. Głos miał czysty, melodyjny i mocny. Szczycił się
popularnością, zdobytą wśród wesołej młodzieży miasta. Umysł żywy,
dowcip bystry, niezmordowana energia, niezmienna uprzejmość – czyniły ze
wesołego towarzysza, kochanego przez wszystkich. Pewna kapryśna
fantazja i oryginalność przy wielkiej śmiałości zjednały Mu sympatię
grona młodzieży oddanej wesołym wybrykom i swawoli. Jednakże popularność
swą zawdzięczał głównie hojności, z jaką rzucał pieniędzmi. Ojciec Jego
zamożny kupiec, zostawiał Mu pod tym względem nieograniczoną swobodę, a
Franciszek nie pozwalał, by pieniądze leżały w sakiewce. Przyjaciele i
znajomi zdziwieni Jego rozrzutnością, mawiali „ żyje jak książę, a nie
jak syn Piotra Bernardone”. Piotra jednak nietylko nie martwiła
rozrzutność syna, lecz Go raczej cieszyła. Sam był ambitny i być może
widział w popularności Franciszka wśród młodzieży miejskiej zapowiedź
przyszłych godności syna w radzie miasta, spodziewał się, że zostanie
kiedyś konsulem.
Franciszek
jednak sięgał w swych marzeniach jeszcze wyżej. W tym czasie nie
wiedział sam jeszcze dokładnie, do czego dąży. Marzył o sławie i
zaszczytach, nie posiadał jednak określonego pojęcia, w jaki sposób tę
sławę zdobędzie.
Uroczystości
miejskie, na których Franciszek wodził, miały w przyszłości zamienić
się na turnieje rycerskie i miłosne, gdzie rycerze walczą na kopie, a
poeci śpiewają słodkie pieśni. Franciszek był pewien, że zarówno jednych
jak i drugich przewyższy wszystkich współzawodników. Nie miał On
wielkiego zamiłowania do wiedzy książkowej, przekładał życie czynne pod
otwartym niebem, niemniej jednak uczył się z zapałem romansów o Okrągłym
Stole, o bohaterskich czynach Rolanda i innych sławnych rycerzach. W
ten sposób Franciszek snuł dalej swoje marzenia tymczasem zaś dokoła
Niego wrzały zacięte spory o reformę Kościoła, a prorocy przepowiadali
straszne kataklizmy i świt nowej ery.
Długotrwałe
więzienie, które Franciszek musiał przeżyć jako więzień podkopało Jego
zdrowie. Po powrocie do domu rodzinnego uległ silnemu atakowi febry,
który omal nie położył końca Jego życiu. W ciągu długich tygodni, gdy
Franciszek leżał złożony niemocą, nawiedziła Go po raz pierwszy myśl o
życiu zgoła odmiennym od tego, o jakim dotąd marzył, o życiu
poświęconemu Bogu.
Głos
ten wniósł jednak niepokój do Jego myśli i serca, a niepokój ten miał
trwać tak długo, dopóki nie zdał sobie sprawy skąd on płynie i nie
poszedł za jego nakazem. Wraz z powrotem do zdrowia opanowały Go na nowo
dawne marzenia o przygodach i sławie. Ogarnął Go znowu zapał do życia,
do świata, który w wyobraźni malował sobie jako krainę czarów. Pierwsze
rozczarowanie spotkało Go po raz pierwszy, gdy udał się na przechadzkę. I
po raz pierwszy ta żywa przyroda zawiodła Go. Głucha cisza była
odpowiedzią na Jego wołanie, nie doznał żadnych wrażeń, wszystko co
raduje oczy nie zdołało Go zachwycić.
Różnorodne
wypadki związane z walką przeciwko Perugji, ciężka próba choroby,
pogłębiły Jego charakter. Nie zadowoliło Go już życie młodzieńcze jakie
wiódł dotychczas. Zapragnął rozpocząć życie godne człowieka dojrzałego.
Udał
się więc na kolejną wojnę jako rycerz. Pierwszego wieczoru przybył do
Spoleto i zatrzymał się tam na noc. Gdy Franciszek był pogrążony w śnie
usłyszał głos, który mówił do Niego „Franciszku komu lepiej służyć panu
czy słudze?’’ Zdziwiony Franciszek odpowiedział „ Oczywiście lepiej
służyć panu”. Czemuż teraz – zapytał głos – czynisz pana ze sługi”.
Nagle światło spłynęło do Jego duszy i zapytał z pokorą „ Panie, co
chcesz bym czynił?” „Wróć – rzekł głos – do swego miejsca urodzenia, tam
dowiesz się co masz czynić”. Zupełnie już rozbudzony, Franciszek począł
rozmyślać nad tym wydarzeniem. Nie mógł wątpić dłużej, głos ten był
oddźwiękiem tych niepokojących myśli, jakie nawiedzały Go w czasie
choroby. Były one zbyt realne, by je można było lekceważyć. Wstał o
świcie, a potem bez zwłoki, ze spokojną postawą i zimną krwią wsiadł na
konia i wrócił do Asyżu. Zostawiał poza sobą wszystkie marzenia o
światowej sławie. Wiedział, że musi czekać na przyrzeczone słowa, które
miały Mu wszystko wyjaśnić. Najlepszym dowodem rozwagi i spokoju
Franciszka jest fakt, że czekał cierpliwie i nie myślał zrywać nagle z
dotychczasowym życiem. Zaczął się na nowo zajmować sprawami swego ojca,
zajął poprzednie miejsce wśród młodzieży miejskiej, która Go wybrała na
prowodyra wszystkich zabaw. Zabawy jednak nie dawały Mu już dawnej pełni
uciechy i przyjemności. Prezydował On dalej na ucztach wyprawianych
przeważnie dzięki Jego hojności, w których uczestniczyła cała wytworna i
bawiąca się młodzież Asyżu. Gdy się najedli i napili dosyta, wychodzili
na miasto i przechadzali się gromadkami po ulicach śpiewając na całe
gardło. Tymczasem w ciemnych i krętych uliczkach miasta żył tłum
nędzarzy zgłodniałych i obdartych, których jedyną przyjemnością było
przypatrywanie się pochodowi wspaniale przystrojonych i sytych synów
kupców i szlachty. Od czasu powrotu ze Spoleto Franciszek zaczął
uświadamiać sobie coraz bardziej kontrast pomiędzy życiem tych nędzarzy,
a życiem swego bezpośredniego otoczenia. Czuł, że z dniem każdym wśród
przyjaciół staje się coraz bardziej obcym. Żył wprawdzie pomiędzy nimi,
żartował, ale sercem był już od nich daleko. Często usuwał się od
towarzystwa swych przyjaciół i wymykał się za miasto, aby modlić się w
samotności. Nie śmiał jeszcze przed nikim zdradzić swej tajemnicy, ale
wstręt do dawnego życia zaczął Mu ciążyć ponad wszelką miarę. Dręczony
niepokojem Franciszek postanowił odbyć pielgrzymkę do grobu apostołów
Piotra i Pawła. Razu jednego, gdy szedł się pomodlić do Świętego Piotra
przyszła Mu do głowy myśl, która odrazu zamieniła się w postanowienie.
Oto sam na dzień jeden stanie się żebrakiem i przekona się, czym jest
takie życie. Łatwiej było Mu to uczynić wśród obcego tłumu.
Niejednokrotnie, w okresie poprzedzającym pielgrzymkę do Rzymu,
Franciszek uważał siebie za tchórza, gdyż skrępowany przesądami Swojej
sfery ukradkiem tylko odwiedzał ubogich. Tu w Rzymie, sprawa nie
wymagała tak wielkiej odwagi.
W
zamian za sute wynagrodzenie, jeden z żebraków zgodził się pożyczyć Mu
swoje łachmany. Przez dzień cały stał Franciszek u drzwi Bazyliki
Świętego Piotra, prosząc o jałmużnę. Przy pewnym wysiłku wyobraźni
poczuł się istotnie prawdziwym żebrakiem. Wieczorem stał się znowu synem
bogatego kupca Piotra Bernardone. Wracając do domu na noc Franciszek
uczuł, że oddalił się od domu ojcowskiego i że znalazł nowe węzły
rodzinne. Franciszek uczuwał także coś jakdyby dumę jak człowiek, który
pokonał własną słabość i stał się panem samego siebie.
Pewnego
dnia matka Franciszka zastała ku swemu zdziwieniu stół zastawiony jak
na przyjęcie licznych gości. Zapytała wtedy o nazwiska i liczbę
zaproszonych. Franciszek odrzekł, że wyprawił ucztę dla wszystkich
głodnych poczym rozdał ubogim, oczekującym pod drzwiami, przygotowane
potrawy. Uważał, że prawdziwe miłosierdzie i uprzejmość sąsiedzka
wymaga, aby oddał im to, co się znajduje na Jego własnym stole. Wreście
nadeszła chwila, gdy mógł ujawnić w pełni uczucia, które Go ożywiały.
Był na przejażdżce i wracał konno do miasta, gdy spotkał na drodze
trędowatego. Na widok jego ohydnej szpetoty, Franciszek zadrżał ze
wstrętu, jakiego doznawał zawsze wobec tej strasznej choroby. Dawniej
cisnął by mu pieniądz i odjechał czemprędzej, ale teraz serce Jego
przeniknęła litość, która nie pozwoliła Mu tego uczynić. Zszedł z konia,
wręczył biedakowi jałmużnę i ucałował jego ręce. Potem objął go i
ucałował po bratersku. W tym momencie Franciszek zerwał ostatecznie
wszystkie więzy, które Go jeszcze krępowały. Pocałunek jaki złożył
trędowatemu był hołdem, złożonym nowej władzy Jego życia: ubóstwu i
cierpieniu. Od tej chwili stał się ich sługą. Odwiedzał ich, pocieszał,
zanosił im jałmużnę. Ilekroć wręczał im datek, całował im ręce. Upłynęło
już kilka miesięcy od owej nocy w Spoleto, kiedy Franciszek usłyszał
głos tajemniczy: od tej chwili oczekiwał ciągle wezwania swego mistrza
Jezusa Chrystusa. Przyjmował jako pochodzące od Boga, wszystko, co Go
spotkało. Nie wątpił, że sam Chrystus pozwolił Mu spotkać trędowatego,
że skłonił Go do ucałowania tego biedaka i w ten sposób skierował Go na
właściwą drogę. Czuł wyraźnie, że nowe życie, które się Mu objawiło było
darem Boga i, że powinien oddać mu się bez zastrzeżeń. Gdy niepokój
dręczył silniej Jego duszę, udawał się do biskupa i prosił, Go o radę.
Wracał stamtąd uspokojony i pokrzepiony na duchu. Biskup wnosił ze
wszystkiego, że Franciszek zostanie zakonnikiem, lub wstąpi do stanu
duchownego. Franciszek żył pogrążony w tajemnicy własnego życia,
oczekując rozkazów boskiego Mistrza. Jest w okolicach Asyżu zbudowany na
stoku pagórka mały kościółek pod wezwaniem Świętego Damiana. Razu
pewnego Franciszek przechadzał się w pobliżu małej budowli, patrząc ze
wzruszeniem na kościółek, rozpadający się w gruzy o, który nikt nie
dbał. Nagle uczuł chęć wejścia do środka. Wszedłszy ukląkł przed wielkim
ołtarzem. Wten usłyszał głos, jagdyby wychodzący z krucyfiksu: „
Franciszku odbuduj Mój Kościół”. Franciszek bardzo zdziwiony, a nawet
przestraszony brzmieniem tego głosu, zdał sobie wreszcie sprawę, że to
Jego Mistrz doń przemawia. Franciszek wstał z klęczek i udał się do
księdza, opiekującego się kościołem. Franciszek wręczył Mu znaczną kwotę
pieniędzy i rzekł „Oto pieniądze na oliwę, proszę o utrzymanie
zapalonej lampy przed krucyfiksem”. Potem poszedł dalej, lecz uniesienie
Jego trwało, miał ciągle przed oczyma Ukrzyżowanego, słyszał Jego
słowa. Wszystko się wyjaśniało, ujawniało stawało wyraźnym. Rycerz –
sługa Chrystusowy nie pytał o nic, nie sprzeciwiał się odpowiedzią Jego
była miłość i posłuszeństwo. Franciszek prosił księdza z San Damiano o
największą łaskę o pozwolenie zamieszkania w pustelni. Zapragnął bowiem
zamieszkać tam, gdzie Jego usługi były potrzebne, z drugiej zaś strony
przestało Mu się podobać życie, jakie prowadzono w domu rodzinnym.
Ksiądz zgodził się udzielić Franciszkowi schronienia. Tymczasem ojciec
Franciszka, powróciwszy do Asyżu, zaniepokoił się nieobecnością syna.
Gdy upłynęło dni kilka, a Franciszka nie było, wszczął poszukiwania i
dowiedział się prawdy.
Wiadomości
te zarówno zmartwiły jak i rozgniewały Piotra Bernardone. Zabrał kilku
przyjaciół i udał się do Franciszka, aby położyć kres tym szaleństwom.
Franciszek jednak uprzedzony wcześniej o postawie ojca znikł przed jego
przybyciem niepodobna było Go odnaleźć. Gdy tylko Franciszek zamieszkał w
San Damiano, w obawie przed ojcem szukał na wszelki wypadek
schronienia. Znalazł też głęboką grotę, gdzie mógł się bezpiecznie
ukryć. Tam się właśnie schronił, gdy Go uprzedzono przed przybyciem
ojca. Ukrywał się tam przez cały miesiąc, obawa Jego była tak wielka, że
w biały dzień lękał się, wyjść z groty. Jedyny przyjaciel, który znał
Jego kryjówkę, przynosił Mu w największej tajemnicy pożywienie.
W
mroku samotności Franciszek żył w ścisłym zjednoczeniu ze swym boskim
Mistrzem, nowe światło rozjaśniało Mu umysł, nowe siły krzepiły Mu
serce. Lecz nadszedł dzień, gdy uczuł, że niegodnym Majestatu Pana,
któremu służył jest ukrywanie się w ciemnej jaskini przed gniewem ludzi.
Prawdziwy rycerz nie ucieka w godzinie walki. Musi więc żyć jawnie, aby
dać świadectwo Panu i cierpieć w razie potrzeby. To też zdając się na
Mistrza, któremu służył, wyszedł z groty i ukazał się na ulicach Asyżu.
Różnił się On teraz bardzo od wesołego młodzieńca, jakim był tak
niedawno. Walka wewnętrzna, którą stoczył, posty, umartwienia –
wyczerpały Jego siły fizyczne, był wychudzony, a twarz Jego nabrała
martwej bladości. Asyż jest małym miasteczkiem, to też Piotr Bernardone
dowiedział się zaraz o powrocie syna. Wybiegł na ulicę, a schwyciwszy
Franciszka, przywiódł Go do domu i zamknął w ciemnej komorze. Po
uwolnieniu przez matkę Franciszek wrócił do San Damiano z jej
błogosławieństwem. Gdy Piotr Bernardone powrócił z podróży nie zastał
Franciszka. Zaślepiony gniewem, udał się ponownie na poszukiwanie syna.
Udał się też do domu komunalnego i wniósł na ręce konsulów skargę, w
której żądał zwrotu pieniędzy zabranych przez syna. Złożył równocześnie
wniosek o pozwolenie na wydziedziczenie Franciszka. Wyprawili wtedy
herolda z wezwaniem, aby Franciszek wstawił się przed trybunałem
konsularnym. Jednak Franciszek stawia opór i odmawia stawiennictwa.
Twierdzi bowiem, że poświęcił się stanowi duchownemu i zatem nie podlega
prawom świeckim, lecz kurji biskupiej. Piotr zwrócił się wtedy do
biskupa Gwido i przedstawił mu swoją prośbę. Gdy Franciszek otrzymał
wezwanie biskupa, odpowiedział: „Stanę z radością przed trybunałem
biskupa, gdyż jest on ojcem i władcą dusz”.
Biskup
osądził, że Franciszek powinien oddać ojcu pieniądze. Franciszek
postąpił wtedy naprzód niosąc w ręku pieniądze i wyrzekł te słowa:
„Panie oddam memu ojcu nietylko pieniądze, ale również i ubranie, które
mam na sobie, a które do niego należy”. To mówiąc zdjął ubranie i złożył
je przed biskupem. Biskup przyjął Franciszka jak nowo narodzonego dla
Kościoła syna. W rzeczywistości był to dzień jego ślubu znalazł wreszcie
i poślubił ubóstwo – panią swego serca.
Ona
to wycisnęła na życiu Franciszka piętno szlachetności i szczególnej
wielkości. Franciszek wrócił do San Damiano, nie mógł jednak zamieszkać
narazie tam na stałe. Musiał na czas pewien opuścić Asyż i jego okolice i
znaleźć się sam na sam ze swoją duszą. Musiał mieć czas, aby pojąć
swoje szczęście i przywyknąć do wolności. Franciszek przystąpił do
wykonania zadania, które nakazał Mu głos tajemniczy. Nie rozumiał
jeszcze całej doniosłości wezwania:„Idź i napraw mój kościół”. Odziany w
tunikę z pasem skórzanym chodził Franciszek żebrząc o kamienie, o wapno
i o wszystkie materiały potrzebne do odbudowy Kościoła. Niektórzy
nazywali Go szaleńcem inni o sercu mniej zatwardziałym, dawali Mu to, o
co prosił.
Następnie
Franciszek uginając się pod ciężarem użebranych kamieni, powracał do
San Damiano. Z pomocą życzliwych wieśniaków, przystąpił do odbudowy
Kościoła. Franciszek codziennie pracował przy odbudowie murów Kościoła
nie zapominał jednak o swoich przyjaciołach trędowatych i poświęcał im
znaczną część czasu. Razu pewnego napotkał na drodze trędowatego i
ucałował go w usta. Natychmiast mówi Święty Bonawentura – trąd znikł.
Franciszek
żebrzący od drzwi do drzwi stał się znaną postacią na ulicach Asyżu. W
tej codziennej wędrówce nie odbywało się wszakże bez cierpień i
upokorzeń. Najcięższy ból zadawało Mu wrogie stanowisko ojca. Ilekroć
Piotr Bernardone spotkał syna, tylekroć zasypywał Go przekleństwami.
Czas płynął. Franciszek uczył się stopniowo pojmować Swoje powołanie.
Zaczynał odnajdywać ślady Zbawiciela w cierpieniach i pięknie, w smutku i
radości. Dusza Jego czekała na nowe wezwanie Mistrza, jedynego
przewodnika, a czekała cierpliwie. Franciszek słuchał Mszy w kaplicy
Porcjunkuli. Ewangelia na ten dzień zawierała słowa „A szedłszy,
przepowiadajcie, mówiąc, iż przybliżyło się królestwo niebieskie. Nie
miejcie złota, ani srebra, ani dwóch sukien, ani butów, ani laski”.
Według zwyczaju słuchał Franciszek uważnie ewangelii. Księga ta była dla
Niego rzeczywiście księgą żywota. Ponieważ jednak obawiał się, że nie
dość dobrze zrozumiał, poprosił kapłana po Mszy, aby odczytał ten
fragment i wytłumaczył Mu jego znaczenie. Poczym bez cienia wahania
począł wołać: „Tego właśnie szukałem, tego właśnie serce Moje oddawna
pragnie”. Gdy tylko wątpliwości Jego zostały rozproszone zrzuca obuwie,
ciska laskę, zdejmuje z siebie drugą suknię, a ponieważ chce zbliżyć się
bardziej do swego boskiego Mistrza ukrzyżowanego, przeto sporządza
sobie odzież w kształcie krzyża. Zamiast pasa owiązuje się sznurem
dokoła bioder. Dla Niego było to uroczyste pasowanie na rycerza
Chrystusowego.
W
ten sposób Franciszek wziął na ramiona brzemię swego życia. W połowie
wiosny Franciszek nie był już samotny w Porcjunkuli. Jego pierwsi
uczniowie- Franciszek nazwał ich braćmi w rycerskim zakonie Pani
Ubóstwo- już się dokoła Niego zebrali. Byli to Bernard da Quintavalle,
Piotr Cathanii i Idzi.
Franciszek
był do głębi rozradowany, gdyż Bóg dał Mu przyjaciół i wiernych
towarzyszy. Upłynęło zaledwie kilka miesięcy od chwili gdy Franciszek
zmienił życie, a już stał na czele małej gromadki uczniów. Nie szukał
ich, wszyscy sami do Niego przyszli natchnieni jednym duchem. Z
pustelnika Franciszek przemienił się w apostoła. Był teraz wodzem
mężnego oddziału w służbie świętego Ubóstwa. Ogarnęła Go żarliwość
apostolska, która skłaniała Go do niesienia dobrej nowiny w świat i
zdobywania dusz dla Chrystusa. Bracia o ile nie byli w drodze, aby dać
świadectwo Ewangelii, pielęgnowali trędowatych, pomagali wieśniakom w
pracach rolnych, oddawali przeróżne usługi w zamian za pożywienie.
Franciszek razu pewnego miał wyraźne widzenie, że zakon Ubóstwa staje
się wielką armią i podbija ziemię całą. Zrozumiał, że posłannictwo Jego
wyda owoce, i że ruch na którego czele stanął nie będzie bezpłodny. To
bractwo ubóstwa, miało się rozszerzyć po całej ziemi potrzebowało zatem
jakiegoś ściśle określonego poręczenia, pochodzącego od władzy
widzialnej. Instynktowo Franciszek zwrócił się do papieża, namiestnika
Chrystusowego na ziemi. On w imieniu Chrystusa przyjmie przysięgę od
braci, nada im prawa będzie ich panem na ziemi. Franciszek i jego
towarzysze szukali rady w modlitwie, poczym postanowili udać się do
Rzymu i starać się o posłuchanie u papieża.
Dłuższe
dni ułatwiały podróż ubogim braciom, którzy zaledwie odziani, śpieszyli
do Rzymu. Serce Franciszka było przepełnione radością. Miał w ręku
spisaną regułę życia, dokument związku swego z Panią Ubóstwo. Nie wątpił
o uzyskanie aprobaty papieża. Pewnej nocy Franciszek miał sen: oto
szedł drogą, przy której rosło wyniosłe drzewo przedziwnej piękności.
Nagle On sam urósł tak, że dosięgnął szczytu drzewa i mógł w ten sposób
bez trudu zgiąć je do ziemi. W Jego przekonaniu pochodził on z
natchnienia Bożego i był przepowiednią, zwiastującą triumf Ubóstwa.
Franciszek przedstawił regułę życia, jakie za Sankcją papieża prowadzić
zamierzał. Wyraził postanowienie, że żyć będzie w bezwzględnym ubóstwie,
bez żadnych zarobków poza ufnością w Opatrzność Boską i miłosierdzie
ludzkie. Wszyscy jednak uznali, że reguła przechodzi granice ludzkich
sił. Jeden człowiek nie podzielał tylko ogólnej opinii był to kardynał
Jan de Santo Paulo, który zabrał głos, aby odeprzeć zarzuty.
Jeśli
– rzekł odrzucimy prośbę tego człowieka jako coś nowego, zbyt trudnego
do wykonania, to strzeżmy się byśmy się nie sprzeciwili Ewangelii
Chrystusowej. Na te słowa papież Innocenty III rzekł do Franciszka: „
Idź, mój synu, i proś Boga, aby raczył nam objawić swoją wolę skoro ją
wyraźnie poznamy zatwierdzamy z większą pewnością twoje pobożne
zamierzenia”. Były to dla braci chwile wielkiego niepokoju, ale
Franciszek ufał. Gdy Franciszek wstawił się na audiencji u papieża do
którego został niebawem wezwany, papieżowi przypomniał się dawny sen:
oto pewnej nocy śniło Mu się, że Kościół świętego Jana Laterańskiego,
matka chrześcijańskich kościołów miał się rozpaść w gruzy, lecz jakiś
zakonnik małego wzrostu podtrzymywał budowę na swych barkach. Stało się
dla niego teraz jasne, że tym zakonnikiem był Franciszek. To też bez
najmniejszego wahania okazał Mu swą dobrą wolę, udzielając słownej
aprobaty dla reguły, którą mu przedstawiono. Wtedy Franciszek przyrzekł
posłuszeństwo papieżowi, poczym papież kazał braciom przyrzec
posłuszeństwo Franciszkowi. W ten sposób rodzina franciszkańska została
oficjalnie ustanowiona, przyjęta prowizorycznie do hierarchii
kościelnej. Jako przezorny mąż stanu, Innocenty wstrzymał udzielenie
ostatecznej aprobaty do chwili, gdy nowe zgromadzenie przetrwa próbę
czasu. Po audiencji u papieża Franciszek i jego towarzysze opuścili
Rzym, ożywieni tylko jedną myślą okazać się godnymi zaufania papieża. Po
powrocie z Rzymu Franciszek zaczął głosić kazania na placach
publicznych i w kościołach. Pierwszym kościołem w którym głosił słowo
Boże, był mały kościół świętego Jerzego. Franciszek był typowym Włochem z
temperamentu i charakteru. Nieświadomie bez wysiłku tłumaczył swoje
myśli ruchami. Słowa Jego tchnęły zapałem całym ciałem podkreślał treść
tego co mówił. Posiadał w stopniu najwyższym cechę właściwą mówcy, który
ma dar wzruszenia ludzi, głos harmonijny, podatny do modulacji. Wątła
postać, niezwykłe wychudzenie czyniły go niepozornym, wrodzona
subtelność rysów niknęła przy grubej i prostaczej odzieży: ona to przede
wszystkim rzucała się w oczy. Ale skoro usta otworzył, zapominało się o
jego wyglądzie: wewnętrzny ogień ducha płonął w jego słowach i
olśniewał blaskiem prawdy umysły słuchaczy. Moc Franciszka tkwiła w nim
samym, a nie w Jego słowach. Był jako płomień, który podsyca gasnącą
wiarę słuchaczy. Serce Franciszka tkwiło w niebiosach, oczy zwracały się
wzwyż i chciał cały świat porwać w górę za sobą. Ci co słuchali Jego
nauk doznawali uczucia, że znaleźli się nagle przed obliczem Boga. We
wszystkich kazaniach Franciszek nie omieszkał nigdy przedstawić swym
współobywatelom dobrodziejstw pokoju i wzajemnej miłości.
Franciszek
zaprowadził taki porządek w Porcjunkuli, aby Jego Pani Ubóstwo mogła
tam zamieszkać i wycisnąć po wszystkie czasy piętno swego ducha na
zgromadzeniu. Tam właśnie nowicjusze pobierali pierwsze nauki i
przyuczali się do sposobu życia i obowiązków zakonnych. Skoro ktoś
wyrażał pragnienie wstąpienia do zgromadzenia, prowadzono go do
Franciszka, który poddawał postulanta pewnemu egzaminowi jeśli
interesowany złożył dowody prawdziwego powołania otrzymywał habit i
pozwolono mu złożyć profesję. Franciszek wpajał w braci gotowość do
niesienia wszelkich usług sąsiedzkich, największy jednak nacisk kładł na
pielęgnowanie trędowatych. Miłość względem nich posunął do tego, że nie
używał wyrażenia „ trędowaci”, lecz „ moi bracia chrześcijanie”. Pewnej
nocy, gdy trwał na modlitwie, doznał pokusy żalu, że się poświęcił
umartwionemu życiu. Opanował się niezwłocznie i odrzucił tę myśl, ale
natychmiast nastąpiła nowa pokusa. Nie ustępowała, choć Franciszek
biczował się z taką siłą, że ciało Jego było pokryte sinymi pręgami.
Była to zima, na wzgórzu leżał śnieg, nie mogąc poskromić ciała
dyscypliną, Franciszek wybiegł nago na śnieg i uczynił z niego siedem
kup. Potem, zwyczajem południowców począł karcić się surowo: „ta wielka
kupa – to twoja żona, te cztery to twoi dwaj synowie i dwie córki, tamte
dwie – to twoi służący i służąca. Śpiesz ich przyodziać bo umierają z
zimna”. W ten sposób drwił dzielnie ze swej pokusy, aż wreszcie
przemarznięty do kości, zwrócił się do siebie „ Skoro troszczenie się o
innych jest Ci tak niemiłe, myśl tylko otym, by służyć Bogu”. Wreszcie
pokusa minęła i Franciszek wrócił do swej celi, składając dzięki Bogu.
Od czasu pierwszej próby Franciszka w celu dotarcia do niewiernych zakon
rozwijał się szybko. Liczba jego członków wzrosła, działalność
zataczała coraz szersze kręgi. Pod koniec roku 1215 znano już braci w
całej Italii środkowej i północnej. Zapoczątkowano również apostołowanie
w Hiszpanii i w południowej Francji. W przeciwieństwie do innych
reformatorów Franciszek i bracia nie tolerowali żadnych wystąpień
przeciwko kapłanom, byli oni dla nich bowiem przedstawicielami i
namiestnikami kapłaństwa Chrystusa. Tym , co źle mówili o kapłanie,
Franciszek odpowiadał „ Nie wiem, czy jego życie zasługuje na szacunek,
czy też nie, wiem jednak, że ręce jego rozdają sakramenty wielu ludziom i
wiodą do zbawienia ich dusze, dlatego całuję jego dłonie z
uszanowaniem”.
W
listopadzie 1215 roku Franciszek został wezwany do Rzymu. Innocenty III
zwołał sobór jeneralny do Lateranu na dzień świętego Marcina.
Franciszek był obecny na soborze jako założyciel nowego zakonu. Za
każdorazowym powrotem z misji do Porcjunkuli czuł coraz gorętsze
pragnienie nawracania niewiernych, chcąc nade wszystko, aby świat cały
dzielił z nim radość, jaką mu sprawiało służenie Chrystusowi.
Z
dniem każdym obraz Boskiego Mistrza, któremu ślubował wiarę, występował
przed Nim wyraźniej poprzez wszystko, na co patrzył. Baranek wiedziony
na targ, przypominał Mu Chrystusa pojmanego przez oprawców, w trędowatym
widział Jezusa, uginającego się pod brzemieniem cudzych grzechów, robak
pełzający po ziemi mówił Mu o upokorzeniach Chrystusa. Pewnej nocy w
1216 roku gdy bracia pogrążeni byli we śnie, Franciszek wstał z posłania
i udał się do kaplicy Porcjunkuli na modlitwę. Podczas modlitwy
objawiła Mu się Obecność Boża. W widzeniu ujrzał Chrystusa, który kazał
Mu iść do papieża i prosić o odpust zupełny dla tych, co wyspowiadawszy
się ze skruszonym sercem odwiedzą Kościół Porcjunkuli.
Franciszek
zwrócił się z tą prośbą do Honoriusza III. Prośisz o wielką łaskę rzekł
papież. Panie mój odparł Franciszek, to o co proszę nie pochodzi ode
mnie, lecz od tego, który mnie posłał od Pana naszego Jezusa Chrystusa. „
Moją wolą jest, abyś otrzymał czego żądasz”, rzekł papież i powiedział
te słowa dwukrotnie. Podczas kapituły na Zielone świątki w 1223 roku
omawiano ponownie rewizję reguły. Prawdopodobnie kardynał Hugolino
przekonał Franciszka o konieczności przerobienia reguły w celu uzyskania
od Stolicy Świętej ostatecznego i uroczystego zatwierdzenia. Wprawdzie
Innocenty III sankcjonował regułę pierwotną, ale ta słowna aprobata
przez sam swój charakter zawierzała ją w studium przejściowym. Tak więc
Franciszek przystąpił na nowo do pisania reguły. Uczynił to z wielkim
wzruszeniem. Po długotrwałej i cierpliwej pracy ciała i ducha Franciszek
ukończył wreszcie regułę. W nowej Regule znajdujemy ujęty w formy
bardziej umiarkowane ten sam sposób życia, jaki praktykowano pierwotnie.
Jednakże przetworzona w sercu pełnym niepokoju i bólu, zyskała na
trwałości i mocy, choć może utraciła coś z pierwotnego natchnionego
idealizmu. 29 listopada 1223 roku papież Honoriusz III zatwierdził
uroczyście Regułę.
Gdy
Franciszek opuścił Rzym po uroczystym zatwierdzeniu reguły przez
Honoriusza III czuł, że dokonał najważniejszego dzieła swego
apostolstwa. Czuł, że Jego misja jest skończona, teraz miał tylko
świecić przykładem. Korzystając z tej swobody zwrócił się z całą
tęsknotą ku życiu ukrytemu w Chrystusie, swym Panu. Odtąd wir spraw
ludzkich nie zamęci Mu spokoju ducha. Ramię Umiłowanego obejmuje Go
coraz silniej, a głosy ziemi dochodzić doń będą poprzez życie mistyczne,
które jest progiem wieczności. Tak wtedy bądź w czynnej służbie dusz,
bądź w samotnej modlitwie, znalazł Franciszek spokój zatopienia swego
życia w Bogu – Człowieku, który pociągał ku sobie wszystkie pragnienia
uwielbiającego Go ucznia. Jedyną Jego myślą było nie rozstawać się nigdy
z Chrystusem. Dla braci, którzy przebywali z Franciszkiem i kochali Go,
stawał się on coraz bardziej podobny do tego, którego dusza Jego tak
gorąco umiłowała.
We
wrześniu wydarzył się wypadek, który na ciele Franciszka wycisnął
niezatarte piętno namiętnego ukochania całego jego życia. Nie było
dziełem przypadku, że Franciszek na krótko przed świętem Wniebowzięcia
Najświętszej Maryi Panny udał się na Monte Alvernia, do pustelni
położonej na wysokiej górze, którą to pustelnię pan Orlando ofiarował
wiele lat przedtem do użytku braci. W duszy Franciszka działo się coś,
że pożądał bezwzględnego odosobnienia w samotności wyniosłych szczytów .
Do tej chwili jednak Franciszek nie miał świadomości tego co się stać
miało. Wiedział tylko, że Jego długoletnie pragnienia i tęsknoty mają
się urzeczywistnić i że niebawem otrzyma od Chrystusa nowe objawienie.
Pewnego dnia Franciszek stał, pod bukiem w pobliżu swej celi i podziwiał
kształt góry, której szczyt popękany był i podzielony szerokimi
rozpadlinami. Potem zatonął w modlitwie podczas, której Bóg objawił Mu,
że te szczeliny tak dziwne otwarły się cudownym sposobem w godzinę Męki
Chrystusa, gdy według słów Ewangelisty, góry pękały. Od tej chwili
Alverno stało się dla Franciszka miejscem świętym, wymownym świadkiem
Męki Pańskiej. Równocześnie zstąpiło do duszy Franciszka zrozumienie tej
tajemnicy i rozpaliło ją jeszcze bardziej miłością ku Mistrzowi
Ukrzyżowanemu. Franciszek odtąd stał się mniej wrażliwym na rzeczy
zewnętrzne i zatonął w kontemplacji.
Sam
na tym urwisku skalnym Franciszek zstąpił do czyśćca, który poprzedza
ściślejsze zjednoczenie człowieka z Bogiem. Zdarzyło się, że doznawał
ucisku ducha, złe moce jagdyby rozpętane ku jego udręce nawet cielesnej
wystawiały na próbę jego siłę ducha.
Gdyby
tylko bracia mogli widzieć – zawołał – na jakie liczne i ciężkie
cierpienia i próby wystawiają mnie szatany, nie byłoby wśród nich
żadnego, któregoby nie ogarnęła litość i czułość dla mnie. Raz gdy
rozmyślał o szczęściu błogosławionych i pragnął w nim uczestniczyć,
zjawił Mu się anioł Boży w wielkiej wspaniałości. Musiał to być anioł
muzyki gdyż trzymał w ręku wiolę i wydobywał z niej tak przecudne
dźwięki, że Franciszek stracił wszelkie czucie ziemskie. Samotność
Franciszka umilało towarzystwo sokoła, którego gniazdo znajdowało się w
pobliżu Jego celi. Sokół ten przywiązał się do Franciszka i gdy on trwał
na modlitwie przebywał przy nim i wyśpiewywał po swojemu chwałę
Najwyższego. Podczas pewnego dnia, gdy Franciszek klęczał pogrążony w
modlitwie, gdy ujrzał w widzeniu dziwną postać, która zbliżała się do
Niego przeraził się bardzo. Skoro to dziwne zjawisko zatrzymało się na
leżącym ponad Nim kamieniu, ujrzał, że był to człowiek i zarazem
serafin. Ramiona Jego były rozłożone, stopy złączone, ciało przymocowane
do krzyża. Dwa skrzydła wznosiły się nad Jego głowę, dwa były
rozpostarte do lotu, dwa wreszcie okrywały całe ciało. Nagle w chwili
wielkiego cierpienia Serafin zadał Franciszkowi cios, który ugodził
jagdyby w Jego ciało i duszę. Potem po chwili, która wydawała Mu się
wiekiem widzenie znikło. Gdy Franciszek przyszedł do siebie, pierwszą
Jego myślą było pytanie, co mogło oznaczać to widzenie. W tejże chwili
pojął znaczenie wizji: na ciele Jego pojawiły się rany ukrzyżowanego
Serafina. Na rękach i nogach miał blizny i rany, a w bliznach tych
widniały ślady gwoździ. Były one tak wyraźne, że można je było wziąć za
gwoździe krzyża. Okrągłe główki ich wystawały nad dłońmi i stopami
Franciszka, ostrza były pozaginane na wierzchniej stronie rąk i pod
stopami. Na boku widniała rana od włóczni. Na myśl o tym jak Bóg z Nim
postąpił, serce Franciszka napełniło się niewysłowioną wdzięcznością.
Serce Franciszka było tak przepełnione radością, że pod wpływem
poetycznego uniesienia musiał wyrazić słowami to, co czuł w duszy.
Wziąwszy tedy pergamin i pióro, napisał poemat, któremu dano tytuł: „
Pochwała Boga Najwyższego”. Franciszek przebywał na Monte Alvernia
jeszcze czas pewien po czym powrócił do Porcjunkuli. W rzeczywistości
Franciszek wiedział, że jego ziemskie życie zbliża się ku końcowi. Był
jak oblubienica, która myśli jedynie o przygotowaniu domu na godne
przyjęcie tego, kogo dusza jej miłuje. Poza tym pewnej nocy, gdy brat
Eliasz zatrzymał się w Foligno w towarzystwie Franciszka, miał tam
znamienne widzenie. Oto we śnie ujrzał czcigodnego kapłana w białej
szacie, który kazał mu wstać i oznajmić Franciszkowi, że za dwa lata na
wezwanie Pana pójdzie w drogę, którą odchodzi wszelka istota śmiertelna.
Na tę wieść dusza Franciszka rozradowała się i cała jego istota poczęła
z utęsknieniem oczekiwać wezwania Pana. Franciszek ulegając prośbą
swoich braci postanowił udać się do lekarza jednak w drodze postanowił
odwiedzić siostrę Klarę zarówno dla pokrzepienia swej duszy jak dla jej
pociechy. Nikt na świecie nie był w stanie zrozumieć tajemnicy, którą w
sobie nosił, ona jednak mogła wiedzieć, co on sam o tym myślał i czego
pragnął. Odwiedziny te miały być krótkie, gdyż podróżni zamierzali
nazajutrz udać się w dalszą drogę. W nocy jednak zdrowie Franciszka
pogorszyło się i było widoczne, że narazie nie będzie mógł jechać dalej.
Wówczas Klara, odgadując życzenie Franciszka, kazała zbudować szałas
dla niego podobny do tego jaki miał w Porcjunkuli. Choroba się wzmogła, a
do cierpień dręczących członki i nerwy przyłączyła się stopniowa utrata
wzroku. Nadmiar złego myszy nawiedzały szałas. Ich natręctwo z powodu
cierpień wprawiało go w nieznośne naprężenie nerwowe lękał się, że może
stracić cierpliwość. W tej nowej udręce zwrócił się do Boga z prośbą o
pomoc. Wtedy to Franciszek usłyszał ten oto głos „ Ciesz się więc,
bracie i raduj z twoich cierpień i udręki : możesz być tak pewien mojego
Królestwa jakdybyś się już w nim znajdował”. Franciszek przez resztę
nocy trwał w uwielbieniu dla Pana. Upłynęło sześć tygodni, a może nawet
więcej zanim Franciszek mógł udać się w dalszą podróż. Przybycie
Franciszka do Rieti było rzeczywiście triumfalną niedzielą palmową.
Poprzedziła go wieść o stygmatach był „ świętym”, któremu wszyscy hołd
złożyć pragnęli. Pewien człowiek, którego stado nawiedziła jakaś choroba
przyszedł do braci i prosił, aby dali mu wodę, w której Franciszek umył
ręce i nogi. Po powrocie do domu, pokropił trzodę tą wodą, a choroba
natychmiast znikła. Po przybyciu do Rieti umieszczono Franciszka w
pałacu biskupim. Tu przyprowadzano mu chorych, aby ich uzdrawiał przez
swoje modlitwy i błogosławieństwo. Prawdopodobnie dla uniknięcia gwaru
świata Franciszek kazał przenieść się do pustelni, gdzie poddał się
przepisanej przez lekarza kuracji. W celu złagodzenia bólu oka, uznano
za potrzebne zastosować wypalanie na górnej części policzka. Wypalanie
to nie przyniosło znaczniejszej ulgi. Wezwano drugiego lekarza, który
przypalił oba uszy, przebijając je rozżarzonym żelazem, ale i to nie
pomogło. Spokojna cierpliwość z jaką Franciszek znosił te wszystkie
operacje, wprawiała w podziw tych, co Go pielęgnowali.
Zalecane
przez lekarzy środki przynosiły tylko chwilową ulgę, nie zdołały
zwalczyć jednak choroby. Franciszek słabł coraz bardziej i widocznym
było, że koniec zbliża się szybko. Tym czasem posłano po brata Eliasza,
który przybył śpiesznie, aby przywieźć Franciszka z powrotem do Asyżu.
Wiedział bowiem, że Franciszek pragnął umrzeć tam, gdzie znalazł
powołanie. Tymczasem jednak siły Franciszka słabły szybko. W Asyżu
przyszedł go odwiedzić pewien lekarz, który oznajmił Mu, że jego choroba
jest nieuleczalna i przypuszczam, że umrzesz w końcu września lub około
czwartego dnia października. Na to Franciszek położył się na łóżku i
wzniósł ręce ku niebu wydając okrzyk „ Witaj siostro Śmierci”, a na
twarzy Jego widniała wielka radość. Wkrótce potem Eliasz uzyskał zgodę
miasta na przeniesienie umierającego Franciszka do Porcjunkuli, gdyż
Święty pragnął serdecznie umrzeć tam w domu, gdzie zaślubił Panią
Ubóstwo. To też Franciszek odbył ostatni etap swojej drogi powrotnej do
domu. Przebyli już blisko połowę drogi i doszli do szpitala Crucigen
skąd roztacza się widok na miasto. Wówczas Franciszek kazał zatrzymać
się niosącym go ludziom i postawić nosze na ziemi tak, aby twarzą był
zwrócony ku miastu. Poczym po krótkiej modlitwie udzielił
błogosławieństwa miastu Asyżowi. Następnie uroczysty pochód wyruszył w
dalszą drogę do Porcjunkuli. Gdy Franciszek wrócił po raz ostatni do
swej ukochanej kaplicy wśród lasu, zapadał zmrok nad Jego życiem.
Teraz
Jego ziemskie troski były skończone, lecz Siostra śmierć ociągała się
jeszcze. Franciszek oczekiwał jej z pieśnią na ustach, radując się, że
przyjdzie wtedy, gdy Bóg zechce. Gdy nadeszły ostatnie chwile, bracia
położyli Go bez odzienia na gołej ziemi. Odgadując Jego życzenie, mieli w
chwili śmierci czytać Mu ewangelię o Męce Pańskiej według świętego
Jana.
Gdy
skończono czytać kazał się Franciszek położyć na grubym płótnie i
posypać popiołem, uprzedzając w ten sposób obrzędy pogrzebowe. I gdy
bracia stali dokoła przejęci czcią i żałością skonał. W tej samej chwili
jeden z braci, człowiek święty, ujrzał kulę ognistą, która na małym
obłoczku, niby na falach wód, unosiła się prosto ku niebu. Był to dzień 3
października 1226 roku. W niespełna dwa lata potem 16 lipca 1228 roku
Franciszek był kanonizowany przez przyjaciela swego kardynała Hugolino,
wówczas powołanego na Stolicę Świętą pod imieniem Grzegorza IX. Lecz
choć świat czcił Go tak nieudolnie, znaleźli się ludzie, a było ich
wielu, którzy kochali Go i rozumieli. Nie na próżno więc żył Franciszek.
Święty Michale Archaniele broń nas w walce. Przeciw niegodziwości i zasadzkom złego ducha bądź nam obroną. Niech mu rozkaże Bóg, pokornie prosimy, a Ty Książe wojska niebieskiego, szatana i inne duchy złe,które na zgubę dusz krążą po świecie, mocą Bożą strąć do piekła. Amen
niedziela, 25 lutego 2018
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
-
Odmawiajmy tę modlitwę codziennie przeciw złu ma ona wielką siłę. Boże Ojcze Wszechmogący, Wszechmądry i Wszechpotężny, Stwórco Nieba i ...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz